Absurdy „naszej” służby zdrowia

kaboompics.com_Stack

Pewnie każdy z nas chodź raz miał do czynienia z naszą służbą zdrowia. I pewnie były to doświadczenia raz lepsze, raz gorsze…

… dla niestety w ostatnim czasie były tylko te GORSZE.

Doświadczyliśmy to na naszej córce oraz mojej babci.

 


 

HISTORIA NR 1 – córcia

 

        Było to w pierwszej klasie gimnazjum (rok 2013). Przerwa międzylekcyjna, młodzież przechodzi z jednej klasy do drugiej, trzeba przejść schodami i tutaj zdarzył się mały wypadek. Wchodząc po schodach na wyższe piętro córcia została przez kogoś popchnięta i niefortunnie upadła na kant schodów, uderzając się wewnętrzną stroną nadgarstka. I od tego momentu zaczęła się cała nasza przeprawa z lekarzami. Ale nie będę opisywać tego aż tak dokładnie, bo chyba nikomu nie chciałoby się czytać, prawda.

Po krótce… Natalka dostała skierowanie na CITO do poradni chirurgicznej. Niestety, ale u nas nie ma znaczenia czy to ma być na już i tak idąc do Poradni dostaniemy pierwszy wolny termin – a może to być nawet za kilka tygodni – i tak właśnie było w przypadku naszej córci. Wypadek zdarzył się pod koniec kwietnia a wizyta w poradni na początku czerwca!!

I tu zaczęła się cała nasza, a raczej naszej córci droga przez mękę. Od pierwszej wizyty do wydania diagnozy minęło pół roku. Były między innymi szyny gipsowe, zapisywanie różnego rodzaju leki przeciwbólowe… itp…

W styczniu 2014 roku Natalka miała zrobiony zabieg wycięcia narośli, która jej się zrobiła na kości nadgarstka. Od tego czasu ból jej nie ustępował, był neurolog, który badał jej przepływ przez nerwy i okazało się, że niestety ale już może nie mieć spranego w 100% najmniejszego palca. I tak niestety jest :/ Po tym była rehabilitacja, która niczego nie poprawiła, bo przez ból jaki miała musiała zrezygnować z części zabiegów. Teraz sama ćwiczy tą rękę… bólu już tak nie odczuwa, ale nerw łokciowy ma bardzo czuły i choćby mały dotyk w to miejsce powoduje okropny ból.

I tutaj mamy wielki żal do lekarzy, którzy ją prowadzili – było ich aż troje w Poradni i jeden prywatny – którzy nie potrafili w krótkim czasie na zdiagnozowanie tego, co się dzieje z ręką Natalki.

 

HISTORIA 2 – babcia

 

        Moja babcia była bardzo radosną osobą. Jak na swój wiek dość ruchliwą – sama chodziła na spacery czy też do kościoła, pomimo tego, że bardzo źle widziała. Były dni kiedy mówiła, że widzi tylko czarne kontury, a mimo to szła na spacer. Każdej niedzieli szła do kościoła na godzinę 11-tą dlatego 23 listopada 2014 roku byłam bardzo zdziwiona, że babcia jeszcze nie wstała, a było już po 11. Synek powiedział, że był u babci i powiedziała mu, że jest zmęczona i jeszcze będzie spać. Babcia bardzo często miała problemy ze spaniem w nocy, dlatego uważałam, że i tym razem jest tak samo. Nie przeczuwałam nawet, że może stać się coś złego… a jednak…

Około godziny 13 szykowałam jak zwykle obiad i poprosiłam Miśka aby zawoła babcię. Nagle przybiegł do mnie i powiedział, że babcia się tylko na niego patrzy i się nie odzywa. Bardzo się wystraszyłam i zaraz poszłam do niej do pokoju. Widok jaki zastałam bardzo mnie wystraszył. Babcia leżała bez ruchu, z otwartymi oczami… jakby była sparaliżowana…

Po przyjeździe karetki okazało się, że najprawdopodobniej miała wylew. Zabrali babcię do tego samego szpitala, w którym Natalka się leczyła. Została przyjęta na oddział neurologiczny.

Miałam wrażenie, że z każdym dniem babcia jakby bardziej dochodziła do siebie. Pomimo tego, ze zdiagnozowali u niej afazję, starała się z nami porozumiewać. Uśmiechała się jak tylko zobaczyła kogoś bliskiego. W szpitalu była jakieś 3 tygodnie, my codziennie jeździliśmy do niej, pytaliśmy się lekarzy o jej stan zdrowia, pielęgniarek czy jej nic nie potrzeba. Zawsze była ta sama odpowiedź i ani słowa kiedy babcia zostanie wypisana do domu…

… aż do pewnego piątkowego wieczoru. Było około 22. Dzwonek do drzwi… jakież to było nasze zdziwienie, jak zobaczyliśmy przed bramą karetkę, a jeszcze większe jak dowiedziałam się, że PRZYWIEŹLI moją babcię.

Bez zawiadomienia nas, bez jakiejkolwiek informacji… tak po prostu… a rano tego dnia byliśmy w szpitalu i pytaliśmy się o stan babci, nikt ani słowem się nie zająknął, że babcia zostanie wypisana.

Po tak długim czasie spędzonym w szpitalu wiedziałam, że babcia musi dostawać specjalne leki przeciwzakrzepowe – i tutaj kolejne zaskoczenie… brak leków. Tylko recepta. Zaraz był telefon do naszego lekarza domowego. Jak się o tym dowiedział, to bardzo się zdenerwował. Takich osób, w takim stanie nie mają prawa wypisać ze szpitala i to nie informując najbliższych. Dopiero od niego dowiedziałam się, że jednym z leków, jaki został przepisany są zastrzyki przeciwzakrzepowe, które MUSZĘ SAMA robić babci.

I tutaj kolejne pytanie od naszego lekarza: CZY MIELIŚMY JAKIEKOLWIEK PRZESZKOLENIE, JAK ZAJMOWAĆ SIĘ OSOBĄ W TAKIM STANIE, W JAKIM ZNAJDUJE SIĘ BABCIA??

Jakie szkolenie ja się pytam… ja nawet nie zostałam powiadomiona o wypisie, a co dopiero nie było mowy o jakimkolwiek przeszkoleniu. Masakra, to tak lekko można powiedzieć.

Nie wiem, czy wiecie, ale taka osoba nie może przebywać na zwykłym łóżku. Musi mieć specjalistyczne łóżko i materac przeciwodleżynowy, a my nie mieliśmy przez nich możliwości żeby to zapewnić babci. Na szybko szukaliśmy wypożyczalni łóżek i niestety przed świętami nie było to takie proste, ale w końcu udało się. Jak załatwiliśmy łóżko zaczęła się kolejna walka. Babcia tak jak w szpitalu mówiła mało ale coś próbowała, to w domu już nawet nie próbowała… była coraz słabsza… nie chciała jeść… potem już nawet nie chciała pić… wezwaliśmy lekarza rodzinnego – skierowanie do szpitala. 18 czy też 19 grudnia babcia została przyjęta na oddział geriatryczny. Znowu jeździliśmy codziennie… jednego dnia dowiedzieliśmy się, że babcia miała problemy z oddychaniem… była pod tlenem… nie było żadnych zmian na lepsze… dowiedzieliśmy się, że do tego wszystkiego przypałętało się jakieś zakażenie dróg moczowych, lekkie zapalenie płuc, niestety nie mogli zrobić babci RTG ponieważ była za słaba, aby ją przewieźć na badanie.

23 grudnia jak co rano pojechaliśmy ją odwiedzić… była taka słaba… ale się lekko uśmiechnęła jak nas zobaczyła… posiedzieliśmy troszkę… opowiedzieliśmy co się dzieje i musieliśmy jechać.

Około godziny 18 dostałam telefon ze szpitala… ten najgorszy… lekarka powiedziała, że jakieś 15 minut temu moja babcia odeszła… od tego momentu już nie pamiętam nic… wiem tylko, że coś mówiła… w głowie miałam tylko „jak to… przecież rano jeszcze żyła… uśmiechała się… a teraz już Jej nie ma… mojej babci… jedynej, ukochanej… była ze mną przez całe moje życie, a teraz mi Ją zabrano…”

Nie mogłam w to uwierzyć… nadal nie mogę, że Jej już nie ma…

Na drugi dzień w szpitalu dowiedzieliśmy się, że muszą przeprowadzić sekcję, ponieważ za dużo schorzeń miała na raz a nie mogą ich wszystkich wpisać na akcie zgonu i muszą to zbadać.

Zrobili ją po świętach… okazało się, że nie tylko miała wylew, zapalenie otrzewnej, ale również miała ropień w pęcherzu, który był już tak duży, że po prostu pękł. I nawet jakby wyszła jakimś cudem po wylewie, to miała tykającą bombę w środku, która nie dała by jej szans przeżycia.

I teraz już jestem pewna, dlaczego tak się stało, że babcia została tak szybko wypisana. Dobrze wiedzieli co jej jest i wiedzieli, że nie ma już dla niej ratunku. Chcieli mieć ją po prostu „z głowy”.

I tutaj przychodzą mi słowa, które powiedziała jedna z naszych znajomych: ludzie w podeszłym wieku dla lekarzy to tylko numery PESEL.

Nie powiem trafiliśmy również na tych lepszych lekarzy, którzy potrafili dać z siebie wszystko i pokazać, że pacjent jest kimś więcej niż tylko kolejnym numerkiem do odhaczenia. Tylko szkoda, że ci „GORSI” tak bardzo zaciemniają tych „LEPSZYCH”

Mam nadzieje, że Was nigdy nie spotka żadna przykra sytuacja, związana z naszą SŁUŻBĄ ZDROWIA.

 

Copyright © 2014 ♥LoveMyLife♥ , Blogger